Dziewiąta wieczorem.
Namiot stoi na skraju lasu,
ognisko już dogasa,
a Basia, pięć lat,
przed chwilą otarła kolano o korzeń.
Sięgam do plecaka po plaster
i nie ma.
Został w domu, w szufladzie.
A najbliższa apteka?
Dwadzieścia minut jazdy.
I tak zamknięta.
Więc stoję w ciemności z chusteczką
i myślę, jak ja to znowu zrobiłam.
Cześć, nazywam się Tomasz Szuster
i jestem twórcą aplikacji mojApteczka.
A to, co przed chwilą usłyszeliście,
to klasyk.
Apteczka na biwak, czyli rzecz,
o której myśli się dopiero w lesie.
Dziś o tym, co spakować,
żeby otarte kolano było przystankiem,
a nie końcem dnia.
I od razu zaznaczmy.
Mówimy o pakowaniu i porządku,
nie o leczeniu.
Co dorzucić do plecaka,
a nie jak coś leczyć.
Dokładnie. Leczenie zostaje przy lekarzu i farmaceucie.
Ja jestem od tego, żeby w plecaku było to, co trzeba.
No to powiedz mi,
czym biwak różni się od apteczki,
którą mam w domu?
Bo w domu mam wszystko.
I to jest cała różnica.
W domu apteka jest za rogiem,
a jak czegoś brakuje,
schodzisz po to wieczorem.
W lesie jest odwrotnie.
Nie dokupisz nic po zmroku,
często nie masz zasięgu,
a komary i kleszcze są w pakiecie.
Więc pakujesz pod to,
że jesteś zdana na to, co masz w plecaku.
Czyli trochę zapasu.
Trochę zapasu i kilka rzeczy,
których w mieście byś nie wzięła.
Zacznijmy od podstawy.
Drogne urazy.
Plastry w kilku rozmiarach,
w tym na pęcherze,
bo po dniu chodzenia stopy potrafią dać w kość.
Jałowy opatrunek,
bandaż,
coś do dezynfekcji,
małe nożyczki,
rękawiczki.
To podstawowe rzeczy przy drobnym skaleczeniu.
I podkreślmy, drobnym.
Bo jak rana jest głęboka,
albo nie chce się zatrzymać,
to nie improwizujesz.
Dzwonisz po pomoc.
Apteczka jest od otartego kolana,
nie od poważnego urazu.
Okej, owady.
Bo las to jest jeden wielki komar.
I meszki,
i kleszcze.
Trzy rzeczy.
Repelent,
narzędzie do usuwania kleszcza,
kleszcze łapka albo pęseta,
i żel po ukąszeniach.
Czekaj,
repelent dla dziecka,
bo tu ludzie biorą cokolwiek z półki.
I to jest ważne.
Wybierasz taki,
który na etykiecie
ma wskazany wiek dziecka,
do którego jest dopuszczony.
I stosujesz go dokładnie
według instrukcji na opakowaniu.
Żadnego dawkowania na oko.
A jak masz wątpliwość,
pytasz farmaceuty.
To nie jest miejsce na zgadywanie.
A kleszcz?
Bo to chyba największy strach
rodzica w lesie.
Tu zasada jest prosta.
Warto mieć w plecaku
narzędzie do usuwania kleszcza.
A co dokładnie robić po ukąszeniu?
Najlepiej zgodnie z zaleceniami
służb sanitarnych,
a jak coś niepokoi,
z lekarzem.
To nie są moje porady z głowy.
I jedno jasno.
mojApteczka nie rozpoznaje
kleszcza ze zdjęcia
i nie diagnozuje chorób odkleszczowych.
O samym kleszczu
zrobiliśmy zresztą osobny odcinek.
Kleszcz po spacerze.
Czyli aplikacja tu nie udaje lekarza.
Nie udaje.
I to jest celowe.
A słońce?
Bo las lasem,
ale na polanie w południe
potrafi przypiec.
Krem z filtrem,
preparat po opalaniu
stosowany zgodnie z etykietą
i elektrolity z zapasem wody.
W upale dziecko
odwadnia się szybciej.
Nuda, dopóki nie zapomnisz.
Klasyka.
Pakujemy plaster,
a zapominamy o wodzie.
No właśnie.
Dobra.
To gdzie ta aplikacja
w ogóle pomaga na biwaku?
Bo na razie mówimy
o samym plecaku.
Pomaga wcześniej,
w domu,
zanim spakujesz.
Bo największy błąd
to spakować apteczkę,
w której połowy terminów
nawet nie sprawdziłaś.
Repelent z zeszłego lata,
żel po ukąszeniach,
krem z filtrem,
środek do dezynfekcji.
To wszystko ma termin ważności.
A otwarte
psuje się szybciej.
I najgorszy moment,
żeby to odkryć.
To środek lasu.
Dlatego w aplikacji
jest widok
wkrótce.
Lista rzeczy,
którym kończy się termin
opisana kolorami.
Czerwony, gdy termin minął
albo zaraz minie.
Pomarańczowy,
gdy się zbliża.
Zielony, gdy jest spokojnie.
Rzut oka
i widzisz,
co wymaga sprawdzania,
zanim spakujesz.
I to działa też
na krem z filtrem?
Nie tylko na leki?
Na każdą rzecz,
którą dodasz z datą.
Krem z filtrem,
czy repelent
dorzucasz tak samo jak lek.
Choćby ze zdjęcia opakowania,
aplikacja odczyta nazwę
i datę ważności
i wrzuci go na tę samą listę.
To nie skan w tle,
który Cię goni powiadomieniami.
To widok,
do którego zaglądasz,
kiedy się opakujesz.
Okej,
to akurat brzmi uczciwie.
Bez straszenia.
Bo nie chodzi o straszenie,
tylko o jeden rzut oka
przed wyjazdem.
To teraz najtrudniejsze.
Leki stałe.
Bo jak ktoś bierze coś codziennie,
tego nie zostawisz
w szufladzie obok plastra.
To jest część,
o której najłatwiej zapomnieć.
A najważniejsze.
Trzy rzeczy.
Po pierwsze,
zapas na cały wyjazd
plus rezerwa
na wypadek,
że się przedłuży
albo coś się zgubi.
Po drugie,
zanim wyjedziesz,
sprawdzasz stan opakowań.
Tu pomaga lista
do uzupełnienia.
Gdy odnotowujesz
zużycie opakowania,
a zapas spada poniżej progu,
lek na niej ląduje.
Wyłapiesz w domu to,
czego zaraz zabraknie.
A jak nas jest kilkoro
i każdy bierze coś innego?
Babcza Irena jedzie z nami.
Leon, 9 lat,
ma swoje leki.
Ja swoje.
Wtedy działa
wspólna lista rodziny.
Każdy ma swój profil,
a opiekun widzi
w jednym miejscu
kto co przyjmuje.
Możesz mieć osobno
listę Leona,
osobno Irenę.
I teraz moje ulubione pytanie.
Las.
Brak zasięgu.
Cała ta lista
jest w telefonie.
I co,
jak nie ma internetu?
Działa offline.
Pod jednym uczciwym warunkiem.
Telefon musi raz złapać sieć
i się zsynchronizować,
zanim wjedziesz w las.
Jak to zrobi w domu
albo po drodze,
to potem,
bez zasięgu pod namiotem,
lista i tak jest pod ręką.
No dobra.
Czyli nie obiecujesz magii
bez internetu.
Nie obiecuję.
Raz się synchronizuje,
potem działa offline.
Wolę powiedzieć to wprost,
niż żebyś odkryła w lesie,
że jednak nie.
To akurat doceniam,
bo większość aplikacji obiecuje,
że zawsze wszystko działa.
A potem nie działa wtedy,
kiedy najbardziej potrzebujesz.
I jeszcze jedno,
żebyśmy byli uczciwi do końca.
Apteczka na biwak
to wyposażenie
do drobnej pierwszej pomocy
i do porządku w lekach,
które wiedziesz.
Nie do leczenia
i nie do ratownictwa.
Przy poważnym urazie,
dużej ranie,
silnej reakcji po ukąszeniu,
dzwonisz pod 112
i szukasz pomocy.
A w terenie warto z góry wiedzieć,
którędy dojechać
i skąd najłatwiej tę pomoc wezwać.
Czyli plan B to nie aplikacja,
tylko numer alarmowy
i głowa na karku.
Zawsze.
Aplikacja porządkuje to,
co spakujesz.
Resztę robi człowiek.
To podsumuj,
co ląduje w plecaku.
Krótko.
Rany.
Plastry.
Też na pęcherze.
Opatrunki.
Dezynfekcja.
Rękawiczki.
Nożyczki.
Owady i kleszcze.
Repelent według etykiety,
kleszcze łapka albo pęseta,
żel po ukąszeniach.
Słońce.
Krem z filtrem,
preparat po opalaniu według etykiety,
elektrolity i woda.
Leki stałe.
Zapas plus rezerwa,
lista offline,
wspólna lista rodziny.
I przed wyjazdem
przegląd terminów ważności w domu.
A nad tym wszystkim?
Głowa.
Apteczka nie zastąpi tego,
że wiesz, gdzie jesteś
i kogo wołasz,
jak coś się dzieje.
Dobrze powiedziane.
Jeśli chcesz spróbować,
link do aplikacji
mojApteczka
jest w opisie odcinka.
Aplikacja jest darmowa
i działa offline.
A jeśli ten odcinek
Ci się przydał,
podeślij go komuś,
kto właśnie pakuje
plecak na biwak z dziećmi.
I jeszcze jedna rzecz,
zanim się rozstaniemy.
Ten podcast jest stworzony
z udziałem
sztucznej inteligencji.
Dialog napisałem ja,
ale głosy, które słyszycie,
mój i Izy,
to klony AI,
wygenerowane na podstawie
naszych prawdziwych próbek.
Mówimy o tym wprost,
bo uważamy,
że to powinno być standardem
w każdym podcaście
robionym tą metodą.
Pełna informacja
w opisie show
i każdego odcinka.
Do usłyszenia.
Do usłyszenia.