Jezioro. Druga po południu lipiec.
Basia zbiega z pomostu i obciera stopę o deskę.
Sekundę później ma piasek w oku.
A przy kocu osa siada jej prosto na kanapce.
Trzy małe kryzysy w pięć minut.
Sięgam do torby. Jest krem, jest ręcznik, jest woda,
a plaster jeden i rozmukuł.
I to jest dokładnie ten moment.
Jaki moment?
Ten, w którym się okazuje, że apteczka nad wodę
to zupełnie inna apteczka niż ta z domu.
Cześć, nazywam się Tomasz Szuster
i jestem twórcą aplikacji MojaPteczka.
A to, co Iza przed chwilą opisała,
to jej sobota sprzed dwóch tygodni.
Najprawdziwsza, z Basią i z plastrem,
który nie dotrwał do pierwszej kąpieli.
Więc dzisiaj o tym, co spakować nad wodę,
kiedy jedzie z Tobą dziecko.
Od strony organizacji.
Bez wchodzenia w leczenie,
bo to zostaje przy lekarzu i ratowniku.
To zacznijmy od tego, co mnie najbardziej irytuje.
Czemu apteczka nad wodę jest inna?
Przecież plaster to plaster.
Bo nad wodą wszystko działa przeciwko Tobie naraz.
Woda i mokry piasek
zwykły plaster odkleja się po pierwszej kąpieli.
Słońce odbija się od tafli i od piasku,
więc świeci na dziecko z dwóch stron.
I samo dziecko, którego nad wodą trudniej upilnować niż w domu.
Czyli pakuje wodoodporne plastry.
Nie te z domowej szuflady.
Tak. I to jest część, którą większość ludzi ogarnia.
A teraz powiem Ci, co ludzie pakują,
ale czego nie sprawdzają.
No dawaj.
Krem z filtrem z zeszłego lata.
O nie, mam taki. Stoi w torbie plażowej od września.
No właśnie.
Krem z filtrem ma termin ważności i osobny okres po otwarciu.
Otwarty rok temu powinien trafić na listę rzeczy do sprawdzenia przed wyjazdem.
Ampułki soli fizjologicznej też mają datę.
Środek po ukąszeniach też.
I tu wchodzi apka Zgadnij.
Wchodzi, ale spokojnie. Nie tak jak myślisz.
Aplikacja nie skanuje magicznie Twojej torby.
Ty wpisujesz to, co masz.
I tu jest rzecz, której ludzie się nie spodziewają.
Wpisać możesz nie tylko lek.
Możesz dodać krem z filtrem, podać jego datę i on wpadnie do tej samej listy.
Czekaj. To znaczy, że krem z filtrem ląduje obok stałego leku Basi na jednej liście?
Dokładnie. Aplikacja ma zakładkę wkrótce.
To po prostu rzeczy, którym kończy się ważność.
I nie ma znaczenia, czy to lek z bazy, czy krem, który wpisałaś ręcznie.
Wystarczy, że ma datę. Wpadnie na listę tak samo.
Czyli zamiast odkrywać nad jeziorem, że krem jest sprzed roku...
Widzisz to w domu, przy pakowaniu. To cała różnica.
Przegląd apteczki dwa razy w roku, przed latem i jesienią, robi tu więcej niż najlepszy plaster.
A leki, których po prostu zaczyna brakować?
Bo to drugi mój klasyk.
Wyjeżdżamy, a okazuje się, że Basi zostały dwie dawki czegoś, co bierze na stałe.
To akurat aplikacja pilnuje trochę inaczej.
Jak odhaczasz wzięte dawki, a zapas spada poniżej progu, który ustawiłaś,
przychodzi powiadomienie. Niski stan leku.
I ten lek ląduje na liście do uzupełnienia.
Czyli to nie jest tak, że apka skanuje w nocy całą apteczkę i mówi kup.
Nie. Liczy się przy odhaczaniu.
Ale efekt jest taki, że tydzień przed wyjazdem, normalnie używając,
widzisz na liście, że zapas spadł poniżej ustawionego progu.
Nie nad wodą. W domu.
Dobra. To brzmi uczciwie.
Powiedziałeś przy odhaczaniu, a nie magia.
Bo to nie magia. To zwykłe liczenie.
Swoją drogą, te rzeczy, które padły o aplikacji,
wpisywanie z datą ważności,
zakładka wkrótce, niski stan leku,
wspólna lista offline,
to faktycznie funkcje w aplikacji mojApteczka.
Reszta to zwykłe pakowanie torby.
To nie reklama, tylko kontekst dla jasności.
Dla jasności.
Mów dalej, bo widzę, że masz cięższe pytanie.
Mam.
I to jest to, co mnie naprawdę spina nad wodą.
Basia bierze coś na stałe.
Jedziemy nad jezioro całą rodziną.
My, dziadkowie, mój tata Krzysztof.
Ja w pewnym momencie idę popływać.
I co?
Dziadek zostaje z Basią.
A nie ma pod ręką aktualnej listy leków Basi.
A zasięgu nad jeziorem?
Zero.
I to jest najważniejsza pozycja na całej liście.
Ważniejsza niż plastry, niż krem, niż wszystko.
Czemu?
Bo plaster to rzecz przy drobnym otarciu.
A to, o czym mówisz, to sytuacja, w której dwie osoby opiekują się dzieckiem i jedna nie wie tego, co druga.
Nad wodą to się zdarza co chwila.
Kto teraz pilnuje Basi?
Rozproszona odpowiedzialność.
Przy czterech dorosłych dziecko jest niczyje.
Dokładnie. I tu aplikacja robi dwie rzeczy.
Pierwsza, możesz mieć osobny profil dziecka.
Lista leków Basi to lista Basi, niewymieszana z twoimi czy moimi.
Ok.
Druga, ważniejsza dla twojej sceny nad jeziorem, wspólna lista rodziny.
Krzysztof, jako opiekun, widzi w swoim telefonie tę samą listę leków Basi, co ty.
Nie musisz mu nic dyktować, zanim wejdziesz do wody.
Ale zaraz. Powiedziałeś, bez zasięgu nad jeziorem.
To jak on cokolwiek zobaczy bez internetu?
I tu jest uczciwa część, którą musisz usłyszeć.
To działa offline, ale po jednym warunku.
Telefon Krzysztofa musi się raz zsynchronizować, kiedy ma zasięg.
Choćby rano, w domu, albo na parkingu przy jeziorze.
Czyli raz pobiera, a potem działa bez sieci.
Tak. Po tej pierwszej synchronizacji lista leków Basi jest u niego w telefonie, lokalnie.
Jesteście już nad wodą, traci zasięg, a on i tak otwiera aplikację i widzi, co Basia bierze.
Nie udaje, że działa znikąd. Działa, bo wcześniej raz pobrał.
Ok. To akurat brzmi uczciwie.
Większość aplikacji udaje, że wszystko jest zawsze i wszędzie.
Ty mówisz wprost. Raz musi złapać sieć.
Bo wolę, żebyś wiedziała, kiedy to zadziała, a kiedy nie.
Jak Krzysztof zainstaluje apkę dopiero nad wodą, bez zasięgu, nie zobaczy nic.
Pakujemy to jak krem z filtrem, przygotowane wcześniej w domu.
I to jest cała filozofia tej apteczki nad wodę, prawda?
Wszystko robisz przed.
Wszystko robisz przed.
Nad wodą chcesz patrzeć na dziecko, a nie grzebać w telefonie.
To powiedzmy teraz rzecz, której żadna apka nie zrobi.
Bo bym chciała, żeby to wybrzmiało.
Mów.
Nad wodą najważniejszy nie jest plaster, nie jest aplikacja.
Najważniejszy jest ktoś, kto patrzy na dziecko.
Stały nadzór.
Strzeżone kąpielisko.
Ratownik zasięgu wzroku.
100%.
Apteczka jest od tego, żeby mieć pod ręką podstawowe rzeczy przy drobnych sytuacjach.
Nie zastępuje ratownika i nie zastępuje twojego oka na dziecku.
To dwie różne ligi.
I jeszcze jedno, bo to mówią wszyscy mądrzy ludzie.
A powtórzę.
Jeśli po urządleniu pojawia się coś poważnego, duszność, obrzęk twarzy, osłabienie, nie szukasz wtedy niczego w torbie.
Zwolnisz pod 112.
Natychmiast.
Apteczka nad wodę jest od organizacji podstawowych rzeczy przy drobnych sytuacjach.
Przy podtopieniu, utracie przytomności, duszności, obrzęku twarzy albo silnej reakcji.
112 i ratownik.
Aplikacja, plastry, wszystko inne schodzi wtedy na bok.
Dobrze.
To teraz najkrócej jak się da.
Co ja realnie pakuję nad wodę z Basią?
Do torby.
Krem z filtrem sprawdzony przed wyjazdem.
Czapka, koszulka, wodoodporne plastry, jałowy opatrunek, środek do dezynfekcji, pęseta, ampułki soli fizjologicznej i preparat po ukąszeniach.
I to co najważniejsze.
Leki stałe dziecka.
Zapas plus rezerwa.
Zapas plus rezerwa.
Plus lista, którą widzi też drugi opiekun.
Offline, po wcześniejszej synchronizacji.
A nad tym wszystkim oko na dziecko.
Nad tym wszystkim oko na dziecko.
Jeśli chcesz to sobie poukładać przed wyjazdem, link do aplikacji mojApteczka jest w opisie odcinka.
Aplikacja jest darmowa, a po wcześniejszej synchronizacji działa też offline.
A jeśli odcinek Ci się uprzydał, podeślij go komuś, kto w te wakacje pakuje torbę nad wodę z dzieckiem.
I jeszcze jedna rzecz, zanim się rozstaniemy.
Ten podcast jest stworzony z udziałem sztucznej inteligencji.
Dialog napisałem ja.
Ale głosy, które słyszycie, mój i Izy, to klony głosowe wygenerowane na podstawie naszych prawdziwych próbek.
Mówimy o tym wprost, bo uważamy, że to powinno być standardem w każdym podcaście robionym tą metodą.
Pełna informacja jest w opisie podcastu i każdego odcinka.
To do następnego razu. I pilnujcie tych dzieci nad wodą.
Do usłyszenia.