Wracam z działki. Sobota, późne popołudnie. Leon biegał po trawie pół dnia. Basia zbierała stokrotki, pies węszył w krzakach. W domu wszyscy głodni. Ktoś chce podprysznic, ktoś szuka ładowarki. I właśnie wtedy przypomniało mi się to, o czym co lato przypomina sanepid. Po powrocie sprawdź, czy nikt nie przyniósł kleszcza.
Cześć. Nazywam się Tomasz Szuster i jestem twórcą aplikacji mojApteczka. A to przed chwilą to Iza, moja żona i mama naszej dwójki.
Cześć. Dzisiaj mamy temat, który latem wraca co weekend. Kleszcz po spacerze. Co zrobić w pierwszych minutach po powrocie? Bez paniki, bez przeszukiwania internetu przez godzinę.
I od razu uczciwie. To nie jest odcinek, w którym ktoś ci powie, czy masz boreliozę. Do tego jeszcze wrócimy. Bo wiesz, co mnie zawsze zaskakiwało? Ja myślałam, że kleszcze to las. Prawdziwy, gęsty las. A my byliśmy na zwykłej działce.
No i to jest najczęstsze nieporozumienie. Główny inspektorat sanitarny przypomina, żeby po każdej wycieczce dokładnie się obejrzeć. Bo kleszcze są nie tylko w lesie. Także na łąkach i w parku.
A sanepid dodaje, że spotkasz się nad stawami, jeziorami, rzekami, w przydomowych ogródkach. Czasem w miastach.
Czyli dokładnie tam, gdzie latem siedzą rodziny. Piknik, koc, wózek w parku.
Dokładnie. Jedna rzecz, która zmienia myślenie. Kleszcze nie spadają z drzew i nie skaczą. Czekają na źdźble trawy albo na liściu i zaczepiają się o ubranie, kiedy przechodzisz obok.
Czyli ryzyko nie zaczyna się dopiero, kiedy idę w dzicz. Zaczyna się przy koszeniu trawy na działce.
Tak. I to akurat dobra wiadomość. Skoro to zwykły spacer, to i reakcja może być zwykła. Prosty nawyk, nie operacja.
To powiedz mi ten nawyk. Bo szczerze? O ósmej wieczorem po całym dniu ja nie pamiętam, co miałam zrobić.
I to jest sedno. Największy problem z kleszczami to nie brak wiedzy. To to, że po powrocie głowa jest gdzie indziej.
Torby, dzieci, obiad, pies, pranie. Dlatego najlepiej zrobić z tego prosty rytuał.
I to nie mój wymysł. Główny inspektorat sanitarny przypomina, żeby po każdej wycieczce dokładnie się obejrzeć.
Robimy z tego pięć kroków. Taki sam po każdym spacerze w zieleni.
Najpierw wierzchnie ubrania w jedno miejsce. Bo kleszcz potrafi wędrować po materiale, zanim trafi na skórę.
Potem, i to jest właśnie ta rzecz, o której przypomina inspektorat, oglądamy ciało przy dobrym świetle.
U dziecka gdzie konkretnie?
Sanepid zwraca uwagę na miejsca ciepłe i wilgotne.
U dziecka szczególnie skóra głowy, okolice uszu, pachy, pachwiny, pępek, zgięcia kolan i miejsca pod gumką bielizny.
Czyli wszystkie te zakamarki, których normalnie nie widać.
Te właśnie.
Trzeci krok. Sanepid radzi sprawdzić też psa, koc, plecak, dziecięce, bluzy.
Rzeczy, które leżały na trawie.
Czwarty. Jeśli kleszcz jest wbity, nie panikujesz i nie improwizujesz.
I piąty. Zapisujesz, co się wydarzyło. Data, miejsce spaceru, miejsce ukłucia.
Po co zapisywać? Brzmi jak przesada.
Bo jeśli za kilka dni pójdziesz z tym do lekarza, taka krótka notatka pomaga.
Działka, sobota, ukłucie pod kolanem to konkret, którego po tygodniu nikt już nie pamięta.
Dobra, to skoro mam pęsetę w ręku, co dalej?
I uprzedzam. U mnie w domu krąży teoria, że kleszcza trzeba posmarować masłem, żeby sam wyszedł.
To akurat jedna z tych rzeczy, które źródła sanitarne odradzają wprost.
Sanepid ostrzega. Nie smaruj kleszcza tłuszczem, masłem, kremem ani spirytusem.
Nie zgniataj go, nie przypalaj.
Czemu? Przecież babcia tak robiła.
Bo według sanepidu drażnienie pasożyta może zwiększać ryzyko zakażenia.
I podkreślę, to nie moja opinia jako twórcy apki.
Ja tu tylko powtarzam wytyczne sanitarne.
Czyli wszystkie babcine patenty z masłem do kosza.
Tak mówią stacje sanitarno-epidemiologiczne.
A co zalecają zamiast?
Sanepid w Jarocinie pisze.
Pęseta albo specjalne urządzenie chwycić jak najbliżej skóry i wyciągnąć.
Potem zdezynfekować miejsce i sprawdzić, czy w skórze nie został fragment.
A jeśli został?
Albo jeśli to mały dzieciak i ja się boję ruszać.
To wtedy, i to jest ważne, dzwonisz do lekarza.
Jeśli nie możesz usunąć kleszcza, część została w skórze,
albo po prostu nie czujesz się pewnie przy małym dziecku,
korzystasz z pomocy medycznej.
To nie jest moment na bohaterstwo.
Okej, to akurat brzmi uczciwie.
A sam zestaw na kleszcza jest banalny.
Nie potrzebujesz osobnej torby.
W zaleceniach sanitarnych wraca prosty komplet.
Pęseta z cienką końcówką albo wyciągacz,
środek do dezynfekcji,
jednorazowe rękawiczki,
kilka plastrów,
repelent dopasowany do wieku
i krótka notatka z numerem 112.
Repelent dla dziecka.
Tu też pewnie są zasady.
Są. I znów nie moje.
Sanepid przypomina.
Trzymać się etykiety.
Nie stosować na uszkodzoną skórę,
unikać oczu i ust,
wybierać produkty przeznaczone dla dzieci,
jeśli używa ich dziecko
i zmyć preparat po powrocie do domu.
To nie jest miejsce na mocniejszy spray
tylko dlatego, że wyjazd brzmi poważnie.
No dobrze.
I teraz przewiduję moment,
w którym powiesz mi,
że Twoja aplikacja rozpozna boreliozę
ze zdjęcia rumienia.
Nie.
I to jest chyba najważniejsze zdanie
w całym odcinku.
mojApteczka nie diagnozuje.
Nie ocenia rumienia,
nie decyduje o antybiotyku,
nie zastępuje lekarza ani farmaceuty.
I dobrze.
Bo łatwo byłoby udawać pewność,
której się nie ma.
No właśnie.
A rola apteczki w tej historii
jest dużo skromniejsza
i przez to bezpieczniejsza.
To porządek.
A swoją drogą,
ta organizacyjna część,
o której zaraz powiem,
to realne funkcje aplikacji
mojApteczka.
Cała reszta,
wyciąganie kleszcza,
objawy, rumień,
to wytyczne sanitarne
i sprawa lekarza,
nie apki.
Mówię to wprost,
bo aplikacja ma tu jedną rolę.
Porządek w domowej apteczce.
To pokaż mi ten porządek na kleszczu.
Alerty terminów ważności.
Żeby repelent albo środek do dezynfekcji
nie okazał się przeterminowany
akurat wtedy,
kiedy pakujesz plecak na działkę.
Notatki.
Żeby dopisać,
gdzie trzymasz wyciągacz,
kto w rodzinie ma alergię na jad owadów,
co zabrać na wyjazd.
Akcesoria typu pęseta czy plastry
po prostu dopisujesz w notatce.
A jak Leon jedzie do mojej mamy,
do Ireny,
na cały tydzień?
Współdzielona apteczka.
Babcia, ty i ja
widzimy tę samą listę.
Na żywo.
Trzeba coś dokupić
albo nie wiadomo,
gdzie szukać wyciągacza,
patrzymy w to samo.
Bez SMS-ów,
a gdzie to było.
A zauważyć,
że coś się kończy?
Niski stan leków.
Apka może dać znać,
że wpisanego leku
zostało już mało.
Najlepiej zanim wyjedziesz,
a nie w chwili,
gdy będziesz go potrzebować.
A pęsetę czy plastry,
tak jak mówiłem,
trzymasz w notatce.
Czyli apka pilnuje listy,
nie zdrowia.
Dokładnie.
Dane o lekach
mają charakter informacyjny.
Przy objawach po ukłuciu
decyzję podejmuje lekarz.
Kropka.
Grudźmy na chwilę do dzieci,
bo teoria teorią,
a Basia po powrocie
chce tylko pić,
jeść albo spać.
Żaden przegląd kleszczowy
z nią nie wygra.
Dlatego pomaga podział ról.
Zgodnie z tym,
o czym mówi Sanepid,
jedna osoba
rozpakowuje rzeczy,
druga ogląda dziecko
przy dobrym świetle,
ktoś sprawdza psa
albo koc.
A jeśli był kleszcz,
jedna osoba
zapisuje datę
i miejsce.
I bez straszenia.
Bez straszenia.
Przy Basi
robisz z tego neutralny
przegląd po krzygodzie.
Zaglądasz w te miejsca,
o których mówił Sanepid.
Głowa, kark,
pachy,
zgięcia kolan.
Tak samo spokojnie,
jak po plaży
sprawdzasz,
czy nie ma piasku w butach.
Leon,
9 lat,
już zresztą
sam pokazuje,
gdzie patrzeć.
Dla niego
to trochę gra.
I to jest najlepszy efekt.
Nie strach przed lasem,
tylko spokojny
nawyk po powrocie.
To daj na koniec
krótką ściągę.
Sanepid i główny
inspektorat sanitarny
radzą tak.
Po powrocie z lasu,
parku,
łąki albo działki
obejrzyj ciało,
ubrania i rzeczy.
Jeśli kleszcz jest wbity,
pęseta albo wyciągacz,
chwyć blisko skóry
i wyciągnij.
Potem zdezynfekuj
i sprawdź,
czy nie został fragment.
Nie smaruj,
nie przypalaj,
nie zgniataj.
Tak mówi Sanepid.
Zapisz datę i miejsce.
I skontaktuj się z lekarzem,
jeśli rana się nie goi,
pojawia się rumień
albo cokolwiek Cię niepokoi.
To ostatnie,
chyba najważniejsze.
Najważniejsze.
Każde podejrzenie zakażenia
po ukłuciu kleszcza
ocenia specjalista.
Nie aplikacja
i nie forum internetowe.
A jeśli chcesz,
żeby ten domowy zestaw
i lista były w jednym miejscu,
link do aplikacji
mojApteczka
znajdziesz w opisie odcinka.
Aplikacja jest darmowa
i działa offline.
I jeśli odcinek Ci się przydał,
podziel się nim z kimś,
kogo dzieci
też biegają
latem po trawie.
I jeszcze jedna rzecz,
zanim się rozstaniemy.
Ten podcast
jest tworzony
z udziałem
sztucznej inteligencji.
Dialog napisałem ja,
ale głosy,
które słyszycie,
mój i Izy,
to klony
naszych prawdziwych głosów,
wygenerowane
przez sztuczną inteligencję.
Mówimy o tym wprost,
bo uważamy,
że to powinno być standardem
w każdym podcaście
robionym tą metodą.
Pełną informację
znajdziesz w opisie podcastu
i każdego odcinka.
Do usłyszenia!
Do usłyszenia!