22 w Amsterdamie, 22 w Polsce.
Ta sama godzina, dwa kraje.
Magda dzwoni do mamy z pytaniem, które zadaje codziennie.
Mamo, wzięłaś wieczorne leki?
A mama mówi, że chyba tak.
I to chyba jest tu całą historią.
Bo Magda nie zajrzy do szuflady, nie policzy tabletek w listrze,
nie sprawdzi, czy na sercowy się nie kończy.
Między nią a apteczką mamy jest tysiąc kilometrów i jedno chyba.
Cześć, nazywam się Tomasz Szuster i jestem twórcą aplikacji mojApteczka.
A to, co Iza przed chwilą opowiedziała, historia Magdy z Amsterdamu, to dziś nasz temat.
Co robisz, kiedy rodzice zostali w Polsce, a ty mieszkasz za granicą
i chcesz naprawdę wiedzieć, co u nich z lekami?
I powiem ci, że to mnie ruszyło bardziej niż myślałam.
Bo wyobraź sobie, że moja mama, Irena i tata Krzysztof zostają sami w Polsce,
a ja nagle jestem w innym kraju.
Ja bym dzwoniła dziesięć razy dziennie.
I dzwoniłabyś.
A i tak miałabyś tylko to, co oni ci powiedzą przez telefon.
No właśnie.
To wyłóż mi to po kolei.
Co się robi trudniejsze, kiedy granica jest między wami na stałe?
Bo to chyba nie to samo, co opieka, kiedy mieszkasz w sąsiednim mieście.
Nie to samo.
Zamieniają się trzy rzeczy naraz.
Pierwsza.
Nie zajrzysz do szuflady.
Nie policzysz opakowań.
Nie zobaczysz daty na pudełku.
Nie zauważysz, że antybiotyk leży otwarty od pół roku.
Czyli zostaje telefon i zdjęcia.
Zostaje telefon i zdjęcia.
A jedno i drugie jest zawodne,
bo zależy od tego, czy ktoś akurat pamiętał.
Dobra, to jedna rzecz.
A druga?
Druga to pułapka typowa właśnie dla rodzin rozdzielonych granicą.
Ten sam lek ma różne nazwy handlowe w różnych krajach.
Mama mówi, biorę różowe naciśnienie,
ty próbujesz to zestawić z tym, co znasz z apteki u siebie
i nazwa prowadzi donikąd.
To jest dokładnie to, czego bym się bała,
bo ja bym nie wiedziała, czy różowe mamy
to to samo, co kupiłabym w sklepie obok.
I trzecia?
Inny system aptek, inny lekarz, inna strefa czasowa.
Recepta jest w polskim systemie.
Lekarz przyjmuje w Polsce.
Apteka działa w polskich godzinach.
A ty jesteś w zupełnie innym rytmie dnia.
No to brzmi jak coś,
czego się nie da ogarnąć z drugiego kraju.
Da się ogarnąć jedną rzecz
i od niej wszystko się zaczyna.
Wspólna apteczka w chmurze.
Zamiast dwóch niepełnych obrazów,
twojego z opowieści przez telefon
i mamy z pamięci,
jest jedna lista, którą widzicie oboje.
To znaczy, co konkretnie widzę?
Nazwy leków, liczbę opakowań,
terminy ważności
i to, do kogo lek jest przypisany.
Mama dodaje lek u siebie,
ty widzisz go u siebie po synchronizacji.
Nie ma już sprawdź, co ci wysłałam wiadomości.
Jest jeden aktualny stan.
Ten sam dla wszystkich.
Czyli szuflada w Polsce
sama melduje się na mojej liście w Amsterdamie.
Dokładnie tak.
I to rozwiązuje ten pierwszy problem.
Nie musisz zaglądać do szuflady,
bo szuflada jest na liście,
którą masz w telefonie.
Okej.
Ale teraz pytanie,
które każdy by zadał.
To kosztuje?
I dobrze, że pytasz wprost,
bo ja też mówię o tym wprost.
Darmowy plan obsługuje jedno konto
i jedną apteczkę.
Do 20 leków.
Świetny, żeby przetestować skanowanie
i poukładać leki u siebie.
Ale do prowadzenia wspólnej apteczki we dwoje
on nie wystarczy.
Czyli zadzielenie się płace.
Tak.
Współdzielenie zaczyna się od planu standard
do 5 osób,
a plan pro jest do 10 osób.
Pomyślany wprost dla kogoś,
kto pilnuje leków kilku bliskich.
Standard to 9,99 zł miesięcznie,
pro 19,99.
Mówię to głośno,
żeby nikt nie zakładał,
że dzielenie apteczki na odległość
działa za darmo.
Doceniam, że to nie jest schowane
drobnym drukiem.
To wróćmy do tych różnych nazw,
bo to mnie najbardziej gryzie.
APKA mi przetłumaczy polską nazwę
na to, co kupię u siebie?
Nie.
I tu muszę być bardzo precyzyjny,
bo łatwo obiecać za dużo.
Aplikacja nie zamieni nazwy APAP
na odpowiednik z Niemiec czy Irlandii
i nie podpowie,
jak ten lek nazywa się za granicą.
Takiej funkcji nie ma
i nie udaje, że jest.
No to gdzie tu pomoc?
W czymś pewniejszym niż nazwa.
Aplikacja pokazuje substancję czynną,
a substancja czynna jest międzynarodowa.
Paracetamol jest paracetamolem,
niezależnie od tego,
czy na podełku w Polsce
widnieje jedna marka,
a w Irlandii inna.
Czyli zamiast różowe naciśnienie
masz konkretną substancję i dawkę.
I kiedy lekarz mamy w Polsce
albo farmaceuta u Ciebie pyta,
co on bierze,
nie podajesz marki,
której rozmówca może nie znać.
Podajesz substancję czynną i dawkę.
To informacja,
która przechodzi przez granicę
bez tłumaczenia.
A skąd APKA bierze te substancje?
Mam ją wklepywać ręcznie?
Najczęściej nie.
Robisz zdjęcie opakowania,
a skan odczytuje m.in.
substancję czynną,
dawkę i datę ważności.
I one trafiają na listę.
Ale tu jest jedno uczciwe zastrzeżenie.
Rozpoznawanie i weryfikacja danych
opierają się na polskim rejestrze leków.
Więc dla leku kupionego za granicą
dopasowanie do rejestru
może się nie udać.
Czyli zagraniczne pudełko
może nie zaskoczyć.
Może nie zaskoczyć.
I wtedy najpewniejsza jest
substancja czynna
przepisana wprost z opakowania.
Ręcznie.
To jedna linijka,
a niesie najwięcej.
Dobra, mam techniczne pytanie z życia.
Siedzę w metrze w Amsterdamie.
Brak zasięgu.
Otwieram APKę.
I co?
Pusto?
Nie.
Pusto nie.
Ostatnią zsynchronizowaną listę
masz pod ręką.
Nawet bez zasięgu.
Zobaczysz to,
co było przy ostatnim połączeniu.
Ale jak mama dopisała coś dziś rano,
a ja nie miałam sieci,
to żeby zobaczyć to nowe,
telefon musi się raz połączyć.
Bez połączenia widzisz
wczorajszy obraz,
nie dzisiejszy.
Nie będę udawał,
że lista aktualizuje się w powietrzu.
Okej.
To akurat brzmi uczciwie.
Większość aplikacji obiecałaby,
że zawsze masz wszystko.
A zawsze wszystko
to po prostu nieprawda.
Wolę powiedzieć, jak jest.
To powiedz mi jeszcze o terminach,
bo to chyba najtrudniejsze na odległość.
Daty ważności.
Najtrudniejsze,
bo w jednym mieście
załatwia je jeden rzut oka do szafki.
Na liście każdy lek ma kolor.
Zielony znaczy ważny,
żółty, że wygasa w ciągu 30 dni,
czerwony, że jest przeterminowany.
Otwierasz apteczkę z drugiego kraju
i od razu widzisz,
czy na sercowy mamy się nieczerwieni.
Czyli nie muszę jej prosić,
sprawdź proszę daty na wszystkich pudełkach.
Nie musisz.
A to żmudne,
zwłaszcza dla starszej osoby
z gorszym wzrokiem.
Zamiast tego mówisz,
mamo, te krople wygasają za dwa tygodnie.
Dopiszę je do listy zakupów.
No i ta lista zakupów,
ona się sama robi?
Ustawiasz przy leku próg
minimalną liczbę opakowań.
Gdy zapisany w aplikacji
stan spadnie poniżej progu,
lek pojawia się na liście jako
do kupienia.
Wiesz, że rodzicowi kończy się lek na stałe,
zanim zostanie ostatnie opakowanie,
a nie dopiero w niedzielę wieczór
przy zamkniętej aptece.
I ta lista też jest wspólna.
Wspólna, więc nie ma
myślałam, że ty kupisz.
Każdy uprawniony
widzi te same braki.
To powiedz na koniec,
jak w ogóle zacząć?
Bo to brzmi jak coś,
co trzeba ustawić we dwoje.
I to jest najtrudniejszy moment.
Start.
Potem to już tylko zaglądanie do listy.
Po pierwsze,
załóżcie jedną wspólną apteczkę
i zaproście się nawzajem.
Może ją prowadzić rodzic,
a ty dołączasz,
albo odwrotnie.
Ważne, żeby od początku
była jedna lista,
a nie dwie.
Po drugie,
dodajcie leki na stałe,
najszybciej przez zdjęcie.
Leki kupione za granicą
dopiszcie ręcznie,
przepisując substancję czynną
z pudełka.
Po trzecie,
ustawcie progi
przy tych przyjmowanych codziennie.
I przejrzyjcie raz panel wygasających,
żeby usunąć to,
co już po terminie.
A piąty krok?
Umówcie się,
kto za co odpowiada.
Kto kupuje w Polsce,
kto pilnuje listy z zagranicy,
kto rozmawia z lekarzem rodzica.
Aplikacja daje wspólny obraz.
Podział ról
ustalają ludzie.
Pięć kroków.
Jedno popołudnie.
Jedno popołudnie.
I jeszcze jedno.
Gdy to rodzic idzie do swojego lekarza,
a ciebie przy nim nie ma,
może pokazać listę leków
bez żadnego dyktowania z pamięci.
Druga osoba skanuje kod
i widzi regularnie przyjmowane leki
bez instalowania aplikacji
i bez logowania.
Ale powiedzmy sobie jasno,
czego ta apka nie robi?
Bo na odległość
kusi, żeby zrzucić na nią więcej.
Kusi.
I właśnie dlatego mówię to wprost.
Nie tłumaczy nazw między krajami.
Nie zastępuje lekarza
ani farmaceuty rodzica.
Decyzje o leczeniu,
co zażyć,
w jakiej ilości,
co odstawić,
należą do specjalisty,
który zna twojego rodzica.
Aplikacja jest warstwą pamięci i porządku,
nie systemem decyzji medycznych.
Im większa odległość,
tym łatwiej o tym zapomnieć.
Tym łatwiej.
Aplikacja porządkuje fakty,
ocenia i leczy człowiek
z wiedzą medyczną.
To wróćmy na koniec do Magdy.
Wróćmy.
Nic z tego, co powiedzieliśmy,
nie sprawi, że Magda
zajrzy do szuflady w Polsce z Amsterdamu.
Ale wspólna lista,
kolory terminów
i substancja czynna
zamiast nieznanej marki
sprawiają, że jej wieczorne
chyba
zamienia się w
widzę.
I to jest cała różnica
między niepokojem na odległość,
a spokojnym,
konkretnym wsparciem.
Jeśli chcecie spróbować,
link do aplikacji
mojApteczka
jest w opisie odcinka.
Aplikacja jest darmowa,
a po pierwszej synchronizacji
działa też offline.
Najprościej
zacząć od darmowego planu,
poukładać u siebie
kilka leków
i zobaczyć,
czy taki system
Wam pasuje.
A jeśli odcinek
Ci się podobał,
podziel się nim
z kimś,
kto pilnuje rodziców
z drugiego kraju.
I jeszcze jedna rzecz,
zanim się rozstaniemy.
Ten podcast
jest stworzony
z udziałem
sztucznej inteligencji.
Dialog napisałem ja,
ale głosy,
które słyszycie,
mój i Izy,
to klony głosowe
wygenerowane
na podstawie
naszych prawdziwych próbek.
Mówimy o tym wprost,
bo uważamy,
że to powinno być
standardem
w każdym podcaście
robionym tą metodą.
Pełna informacja
w opisie podcastu
i każdego odcinka.
Do usłyszenia.
Do usłyszenia.