Moja mama Irena siedzi w kuchni pod lampą. Przed sobą ma nowe opakowanie i tę kartkę złożoną w harmonijkę.
Wyciąga lupę, przysuwa, odsuwa, zakłada drugie okulary na pierwsze.
A potem odkłada kartkę na blat i mówi. No dobra, wezmę tak jak zawsze brałam.
Cześć, nazywam się Tomasz Szuster i jestem twórcą aplikacji mojApteczka.
A to co Iza przed chwilą opowiedziała, to jest moment, o którym mało kto mówi na głos.
Bo to nie jest historia o tym, że mama czegoś nie rozumie.
Nie, ze zrozumieniem dałaby sobie radę. To jest historia o tym, że ona fizycznie tego nie widzi.
To nie bariera wiedzy, to bariera wzroku.
I szczerze, ja jej się nie dziwię. Ten druk jest mikroskopijny.
I tu jest pierwsza rzecz, którą chcę dzisiaj powiedzieć, bo ona przesądza o całej reszcie.
Telefon czyta tekst. Telefon nie czyta papieru.
Czekaj, to zrób tak, żeby jej to przeczytał.
Robię zdjęcie ulotki, telefon czyta. Koniec problemu.
I to jest najczęstsza rada, jaką ludzie sobie dają. I ona nie działa.
Jak to nie działa?
Bo zdjęcie ulotki to dla telefonu nie jest tekst.
To jest obrazek, na którym widać litery.
Ale telefon potrafi rozpoznać tekst na zdjęciu.
Robiłam tak z paragonem.
Potrafi i to jest uczciwe zastrzeżenie.
Nowsze telefony rozpoznają tekst ze zdjęcia i możesz go stamtąd wyciągnąć.
Tylko zrób to na ulotce.
To znaczy?
Trzy strony gęstego druku, dwie kolumny, papier prześwituje.
Rozpoznawanie zgubi kawałek, poskleja kolumny, przeskoczy na główek.
Do paragonu wystarczy.
Do treści, przy której chcesz mieć pewność, że nic nie wypadło, to za mało.
Czyli te wszystkie funkcje czytania ekranu, które są w telefonie...
Działają świetnie, ale na tekście, który telefon dostaje jako tekst, nad samym zdjęciem papieru, po prostu milczą.
To jest absurd.
Mam w kieszeni urządzenie, które potrafi wszystko, a nie przeczyta babci kartki z pudełka.
Dokładnie tak.
I dlatego cała rzecz sprowadza się do jednego pytania.
Skąd wziąć tę treść w postaci tekstu?
Są cztery drogi.
Powiem o każdej uczciwie.
Razem z tym, gdzie się kończy.
Dawaj.
Pierwsza.
Lupa.
Aparat, latarka i powiększenie.
To razem daje lupę lepszą od szklanej, bo jeszcze podświetla i potrafi podbić kontrast.
Mama tak robi.
I co, źle?
Nie, bardzo dobrze.
Tylko lupa pokazuje, a nie mówi.
Obie ręce masz zajęte.
Do sprawdzenia jednej rzeczy, na przykład daty na pudełku, jest idealna.
Do trzech stron drobnego druku to droga przez mękę.
Druga?
Druga.
Druga.
Ta sama ulotka, ale jako plik z oficjalnego rejestru.
Bo ulotkę, którą trzymasz w ręku, państwo publikuje też jako dokument do pobrania.
Czyli to samo, tylko na ekranie.
Ta sama treść, ale zupełnie inny nośnik.
I to jest różnica, która wszystko zmienia.
Bo plik powiększysz bez rozmycia.
A jeśli w środku jest prawdziwy tekst, to telefon może go przeczytać na głos.
Jeśli.
Nie podoba mi się to jeśli.
I słusznie.
Bo część tych dokumentów to tak naprawdę obrazki stron.
Skany.
Wtedy czytnik nie ma czego przeczytać.
I jak mam wiedzieć, który to który?
Otwierasz plik, włączasz wyszukiwanie i wpisujesz jakiekolwiek słowo, które widzisz na ekranie.
Znajdzie?
To jest tekst.
Nie znajdzie i nie da się zaznaczyć palcem pojedynczego słowa?
To skan.
I tą drogą nie pójdziesz.
Okej.
To jest konkret.
Trzecia droga.
Samo czytanie ekranu wbudowany w telefon.
Nie trzeba do tego żadnej aplikacji.
Na iPhone'ie włączasz to w ustawieniach dostępności w sekcji treści mówionej.
Potem przeciągasz dwoma palcami od góry ekranu w dół i telefon czyta to, co masz przed sobą.
A na Androidzie?
Też w ułatwieniach dostępu.
Tylko u każdego producenta nazywa się to trochę inaczej.
Szukasz funkcji czytania zaznaczonego tekstu.
Widziałam tam coś, co nazywa się talkback.
I tu muszę ostrzec, bo to jest pułapka, w którą wpada mnóstwo ludzi.
Talkback to nie jest czytanie tekstu.
To jest pełny czytnik ekranu dla osób, które ekranu nie widzą w ogóle.
To znaczy?
To znaczy, że po jego włączeniu zmienia się cała obsługa telefonu.
Jedno dotknięcie już nie klika, tylko zaznacza.
Żeby kliknąć, trzeba dotknąć dwa razy.
Czyli babcia włącza to w dobrej wierze i...
I telefon przestaje jej się słuchać, a ona nie wie, jak to wyłączyć.
Widziałem to.
Jeśli druk widzisz tylko za mały, talkback nie jest tym, czego szukasz.
Dobrze, że to mówisz, bo ja bym jej to włączyła.
Wiem. Wszyscy byśmy włączyli.
I czwarta droga.
Farmaceuta.
Najstarsza technologia świata.
Jedyna, na której ktoś nie tylko przeczyta, ale może wyjaśnić.
Żadna aplikacja tego nie robi.
Moja też nie.
Ale nie oszukujmy się.
To zależy od tego, czy za tobą nie stoi pół osiedla.
Zależy.
Zakres tej rozmowy zależy od apteki, od pory dnia, od kolejki.
Dlatego warto przyjść z konkretnym pytaniem i z listą leków.
Wtedy rozmowa trwa krócej i jest sensowniejsza.
No dobrze.
A gdzie w tym wszystkim jest twoja aplikacja?
Na końcu tej kolejki.
Nie na początku.
I teraz powiem rzecz, którą łatwo byłoby przemilczeć, a byłoby to nieuczciwe.
Słucham.
mojApteczka nie czyta ulotki na głos.
Czekaj.
Cały odcinek o drobnym druku ulotki i twoja aplikacja jej nie czyta?
Nie czyta.
Ulotkę tylko otwiera linkiem do rejestru w przeglądarce.
Na głos czyta charakterystykę produktu leczniczego.
Skrót HPL.
To jest coś innego niż ulotka?
To jest inny dokument.
Urzędowy, dotyczący tego samego leku, obejmujący te same obszary, ale napisany dla lekarzy i farmaceutów, a nie dla ciebie.
Czyli podmieniasz dokument i mówisz, że rozwiązałeś problem babci.
Wiedziałem, że to powiesz.
I to jest dokładnie zarzut, który sam sobie postawiłem.
I co sobie odpowiedziałeś?
Że muszę to powiedzieć wprost, zamiast liczyć, że nikt mnie zauważy.
Charakterystyka to trudniejszy tekst.
Nie udaje, że jest łatwiejszy.
Odsłuchanie jej nie czyni jej prostszą.
To po co jej słuchać?
Bo w aplikacji ona jest tekstem, a nie kartką.
A tekst można powiększyć, przetłumaczyć i przeczytać na głos.
Kartki nie można.
To jest cała przewaga.
Jedna, ale zasadnicza.
Dobra.
To jest uczciwe postawienie sprawy.
Jak to wygląda w praktyce?
Na ekranie dokumentacji leku jest przycisk głośnika.
Jedno dotknięcie i telefon czyta nazwę leku, a potem kolejne sekcje.
Tym samym przyciskiem zatrzymujesz i wznawiasz.
Ile tych sekcji?
Dziewięć.
Wskazania, dawkowanie, przeciwwskazania, ostrzeżenia, interakcje, ciąża i laktacja, działania niepożądane, przedawkowanie i przechowywanie.
To jest dużo słuchania.
Dlatego jeśli rozwiniesz konkretne sekcje, usłyszysz tylko je.
A jeśli nie rozwiniesz żadnej, aplikacja przeczyta wszystkie dostępne sekcje.
A jak to jest z internetem?
Bo u mamy z zasięgiem bywa różnie.
Sam głos pochodzi z silnika mowy w telefonie.
Nic nie leci do sieci.
Natomiast dokumentacja musi się raz zsynchronizować.
Po tej pierwszej synchronizacji możesz słuchać choćby w trybie samolotowym.
Płatne?
Nie. Działa w darmowym planie.
Powiedz mi teraz to, czego to nie robi.
Bo znam cię i wiem, że masz taką listę.
Mam.
Nie streszcza i nie upraszcza.
Czyta urzędowy tekst słowo w słowo.
Nie tłumaczy go na ludzki i nie skraca.
Bo od skracania zaczyna się przekręcanie treści.
Nie doradza.
Nie doradza.
Nie oceni, czy ten lek jest dla ciebie.
Nie dobierze dawki i nie powie ci, czy możesz go z czymś łączyć.
Od tego jest lekarz i farmaceuta.
A jeśli ktoś w ogóle nie widzi?
I tu powiem rzecz, której normalnie się nie mówi w podcaście o własnym produkcie.
Nie przeszedłem całej tej drogi z osobą niewidomą.
Od dodania leku, przez dokumentację, po odsłuchanie sekcji.
Wiem, że przycisk ma opisy stanu i że tempo oraz głos biorą się z ustawień systemowych telefonu.
Ale całej ścieżki nie testowałem.
I nie będę udawał, że testowałem.
Okej.
To akurat brzmi uczciwie.
Jeśli ktoś korzysta z czytnika ekranu i coś się sypie, niech napisze.
Naprawdę zmieni to kolejność moich prac.
Jest jeszcze jedna sytuacja, która wygląda podobnie, a ze wzrokiem nie ma nic wspólnego.
Powiedz.
Pani, która pomaga przy babci, mówi po ukraińsku.
Babcia po polsku.
A dokumentacja leku jest tylko po polsku.
Sekcję można przetłumaczyć i to na samym urządzeniu, na jeden z trzech języków.
Angielski, ukraiński albo rosyjski.
Kiedy sekcja jest przetłumaczona, głos przełącza się na język, który widać na ekranie.
Czyli słyszy to, co widzi.
To jest zasada, od której nie ma wyjątku.
Aplikacja czyta dokładnie to, co jest na ekranie.
Patrzysz na polski oryginał, słyszysz polski.
Patrzysz na tłumaczenie, słyszysz tłumaczenie.
Nigdy nie usłyszysz treści, której nie widać.
Wiesz, co jest w tym wszystkim najsmutniejsze?
Że mama przez lata po prostu brała tak, jak zawsze brała.
Nie dlatego, że jej nie zależało.
Tylko dlatego, że kartka była za mała.
Tak.
I to jest sedno.
Drobny druk nie zniknie.
Ale on nie jest jedyną postacią, w jakiej ta treść istnieje.
Jest kartka, jest plik, jest urzędowa charakterystyka i jest człowiek za ladą.
Wystarczy, że któraś z tych druk będzie dla ciebie przejezdna.
Jeśli chcesz spróbować, link do aplikacji mojApteczka w opisie odcinka.
Aplikacja jest darmowa i działa offline.
A jeśli odcinek ci się podobał, podziel się nim z kimś, kto w kuchni pod lampą walczy z lupą.
Zabawne.
Cały odcinek o czytaniu na głos opowiedziany przez dwa głosy, które...
Właśnie do tego zmierzam.
I jeszcze jedna rzecz, zanim się rozstaniemy.
Ten podcast jest tworzony z udziałem sztucznej inteligencji.
Dialog napisałem ja, ale głosy, które słyszycie, mój i Izy, to klony AI wygenerowane na podstawie naszych prawdziwych próbek.
Mówimy o tym wprost, bo uważamy, że to powinno być standardem w każdym podcaście robionym tą metodą.
Pełna informacja w opisie show'u i każdego odcinka.
Do usłyszenia!
Do usłyszenia!